Rozdział III

niedziela, 18.grudnia.2011, 12:59
Był wieczór, podły wieczór, który musiałem spędzić bez Carrie. Źle się czuła, a jej rodzice chyba domyślili się co wydarzyło się poprzedniej nocy. Bałem się konfrontacji z nimi, jednak... to był jej pomysł, sama chciała i tylko minimalnie czułem się winny. Nie miałem przecież wobec niej złych zamiarów o czym sama zainteresowana na pewno dobrze wiedziała...
Wyszedłem pojeździć Corvettą, wyżyć się prędkością na asfalcie - wiedziałem, że wyjście na „polowanie” w takim stanie prawdopodobnie źle skończyłoby się dla potencjalnej ofiary. No tak, bo ja w dalszym ciągu nie powiedziałem wam, na czym dokładnie polega moje bycie wampirem. Poczekajcie, odstawię samochód i to zrobię.
Pojechałem jeszcze do nocnego sklepu i kupiłem butelkę białego martini i pepsi. Wiedziałem, że w domu mam jeszcze przepyszną agrestową wódkę, więc miałem odstresowujące zajęcie na dzisiejszy wieczór. Psi wieczór! 
Wchodząc na klatkę kamienicy, wystukiwałem płynnymi ruchami wiadomość do Carrie, musiałem zapytać, czy jest pewna tego, że nie chce się dziś mimo wszystko ze mną widzieć. Westchnąłem, wiedziałem, że nie będzie chciała i uwierzcie, było mi z tym bardzo, bardzo źle!
- Witam! Jaką piękną mamy noc! - usłyszałem przed sobą.
Głos należał do kobiety, której chyba jeszcze nigdy nie widziałem. Wyglądała w tym momencie okropnie, ale za dnia była zapewne jedną z piękniejszych istot w tym mieście. Nie byłem szczególnym koneserem piękna mając Carrie przy boku, ale jej nie mógłbym przeoczyć nawet w największym tłumie. Było w jej wyglądzie coś hipnotyzującego... może za sprawą oczu? Lub cery? Fakt, wyglądała na wyniosłą panienkę postawioną na wysokim stanowisku, ale było w niej coś jeszcze...
W celu sprawdzenia czym było owo „coś”, zajrzałem do jej głowy, dosłownie na moment, jeden malutki moment. Krzyknąłem, nie mogąc się powstrzymać. Nie była człowiekiem i nie miała wobec świata szczególnie dobrych zamiarów. W tym momencie jednak wydawała się nieszkodliwa - była pijana, więc musiałem być uprzejmy. Jej wygląd pomagał mi w tym.
- Witam piękną nieznajomą. Tak, noc jest dziś szczególnie urocza.
Mózg, wiedza tej pani był ogromny, musiała mieć dużo więcej lat niż na to wyglądała. Skoro była demonem, to musiała zawrzeć pakt z diabłem. Nie mogłem się mylić - część wiedziałem, a część po prostu wyczytałem z jej głowy, choć oczywiście nie powinienem. Nawet jeśli była wrażliwa na tego typu sondy, tym razem nic nie zauważyła - byłem delikatny, przesadnie, a ona nie była aktualnie zbyt sprawna umysłowo co działało na moją korzyść.
- Amon McCarthy - przedstawiłem się, wyciągając chudą dłoń w jej stronę.
- Annabell - powiedziała, przyjmując uścisk.
Przyjrzałem się jej ubraniom, wszystkie były markowe, nic w jej ubiorze nie było dziełem przypadku. Modelka? Przeszło mi przez myśl, ale nie sprawdziłem tego. Przeczuwałem, że spędzę z nią jeszcze wiele godzin i uczciwie będę w stanie dowiedzieć się o niej czegoś więcej. Może nawet dojdzie do tego, że oboje ujawnimy swoją tożsamość?
Wzdrygnąłem się i skarciłem w duchu - Człowieku! Znasz tą kobietę kilka minut, a już snujesz plany. Jesteś niepoprawny! - jednak naprawdę nie mogłem się powstrzymać.
- mieszkasz w okolicy? - zapytałem.
- tak, w tej klatce - mruknęła.
Była zmęczona i nie powinienem jej zamęczać pytaniami w środku nocy w tej ciemnej klatce. Złapałem ją pod ramię i zaprowadziłem w stronę jedynego z czterech mieszkań naszej kamienicy, którego mieszkańców nie znałem - myśląc logicznie, musiała mieszkać właśnie w nim. Nie pokręciła głową, więc wiedziałem, że mam rację gdy odprowadziłem ją pod drzwi.
Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjąłem swoją wizytówkę. Amon McCarthy, konsultant giełdowy, adres i numer telefonu z sieci O2. Podarowałem ją pięknej sąsiadce i poprosiłem, by zadzwoniła do mnie lub przyszła, gdy już się lepiej poczuje. Jeśli zabrzmiało to dziwnie - przepraszam, urzekła mnie, ale byłem pewny swoich uczuć do Carrie. Interesowała mnie jej historia i zapragnąłem ją poznać bez naruszania jej prywatności.
Wolałem nie myśleć co by się stało, gdyby odkryła, że szperałem w jej głowie. Każda kobieta by się zdenerwowała, a co zrobiłaby kobieta demon? Nie, wolałem naprawdę sobie tego nie wyobrażać.
- dobrze Amonie. Dobrej nocy. - I znikła za drzwiami mieszkania.
Miałem mętlik w głowie, choć sam nie wiem dlaczego. Interesowałem się swoją sąsiadką ze względu na to, że tak jak ja nie była w pełni człowiekiem, że była z założenia złą istotą, choć nie wyczuwało się w niej aury mordercy, a tego przecież można by się od demona spodziewać. 

Wszedłem do mieszkania, klucze od niego i samochodu rzuciłem na najbliższą szafkę. Przekręciłem zamek, zasunąłem zasłony w oknach i pozamykałem okna. Owładnęła mną jakaś chora paranoja, której musiałem się jak najszybciej pozbyć.
Schyliłem się do lodówki i wyciągnąłem z niej lód oraz agrestową wódkę. Z szafki nad zlewem wyjąłem ulubioną szklankę z czerwonego szkła i wsadziłem do niej garść kostek lodu. Rozsiadłem się na kanapie wyjmując wszystko z kieszeni i kładąc na stole. Chłodny orzeźwiający płyn rozchodził się po moim ciele przynosząc ukojenie zszarpanym nerwom. Martwiłem się o Carrie, ale dopiero po paru sekundach mój mózg przypomniał sobie o tym, że napisałem jej wiadomość, a telefon był wyciszony. Zobaczyłem kopertę z jedynką w kółeczku. Pogratulowałem sobie i odblokowałem go, przytrzymując dłużej kciuk na wyświetlaczu.
„Nie, rodzice są źli, nic nie rozumieją... ale porozmawiam z nimi jutro jak wrócę z zajęć. Kocham Cię Amonie. Śpij dobrze i nie martw się, wszystko będzie dobrze.”
Nie umiałem się nie martwić, ale odpisałem grzecznie, że również ją kocham i życzyłem dobrej nocy. Sam wiedziałem, że dziś nie zasnę. Miałem w głowie zbyt dużo natarczywych myśli, swoich i cudzych. Musiałem się wyłączyć przy pomocy alkoholu i wspomnień. Obiecałem, że wam opowiem o tym jakim jestem wampirem, czy tak? Momencik.
Przyniosłem sobie butelkę, postawiłem przed sobą, razem z przenośną lodóweczką, w której trzymałem lód. Jak już zacznę porządkować swój umysł, będę potrzebował coraz więcej alkoholu (którego większość mój organizm po prostu zignoruje), a przerywanie całego procesu z powodu głupiego pójścia po lód byłoby po prostu irytujące.
Jak już mówiłem, miałem wtedy kilkanaście lat i stało się to przypadkiem. Montel był moim przyjacielem od tamtego felernego dnia. Musiałem zniknąć, więc przygarnął mnie on do siebie. Z początku oczywiście byłem przerażony, przecież on sypiał w trumnie! Poza tym mankamentem, był jednak naprawdę w porządku. Na początku był nauczycielem, potem był jak wujek, a teraz mógłbym nazwać go bratem. Tak, w dalszym ciągu utrzymujemy kontakt, tylko teraz chyba siedział w Rumunii, a był kompletnie anty w kwestii telefonów komórkowych, więc gdy był w okolicy po prostu mnie nawiedzał lub w szczególnych przypadkach wysyłał mi telepatyczny impuls. No tak, część pewnie zadaje sobie pytanie - dlaczego nie rozmawialiśmy w głowach, skoro byliśmy telepatami. Odpowiedź jest prosta, Montel był nim tylko podczas kontaktu wzrokowego, jednak potrafił przy użyciu ogromnych pokładów energii wysłać mi do głowy krótką charakterystyczną falę, która była trochę jak ukłucie igły. Rozumiecie? Nie każdy wampir był dobrym telepatą. Montel miał inne zdolności, ale nie opowiadam teraz o jego życiu prywatnym.
Wracając. Włóczyliśmy się razem po Europie, gdzie występował zawsze w roli mojego starszego brata. Pieniądze zdobywaliśmy grając na giełdzie - wszczepione miałem to od dziecka, więc czemu mieliśmy nie brnąć w to dalej, skoro wiedziałem na ten temat naprawdę wiele? Zmienialiśmy miejsce zamieszkania jakieś trzy-cztery razy do roku, nie miałem więc przyjaciół. To mnie bardzo niszczyło, ale cóż mogłem poradzić? Stało się i się odstać nie mogło. Musiałem żyć jako wampir, starzejąc się wolniej niż rówieśnicy, jedynie z Montelem przy boku... to były ciężkie lata, ale nauczyłem się wtedy naprawdę dużo.
Nie zabijaliśmy. Nigdy, nikogo ani niczego, pomijając może przypadkowe owady, a mimo to, żywiliśmy się krwią, ludzką. Nie kradliśmy jej ze szpitali, tylko z ludzkich ciał, jednak w sposób stosunkowo humanitarny.
Robiliśmy to raz na tydzień, wykradaliśmy się nocą z mieszkania i szukaliśmy swoich ofiar. Byli to głównie robotnicy budowlani, inwestorzy i potężnie zbudowani ochroniarze, dlaczego? Bo byli najtwardsi. Ale po kolei. Usypialiśmy ich swoim oddechem - nie z tego względu, że śmierdział, tylko gdy chcieliśmy, potrafiliśmy wydzielać coś na kształt szpitalnych anestetyków. Ofiara mdlała nam wtedy na kilkadziesiąt minut. Jeden z nas - ten którego kolej była aktualnie - wbijał się jednym z ostrych paznokci pod skórę (mogło to być na ramieniu, nodze czy gdziekolwiek indziej), tylko na tyle, by dotrzeć do którejś żyły. Wtedy przysysał się i pił, uważając, by jego krew nie zmieszała się z krwią „dawcy”. Po zakończonej uczcie - czyli wypiciu jakichś dwóch szklanek - trzeba było poślinić ranę, która goiła się w natychmiastowym tempie. Taki mężczyzna budził się później nie pamiętając zupełnie nic ponadto, że zemdlał. Budził się, otrzepywał z piachu, wracał do domu i zapewne żył jak każdego normalnego dnia nic nie mówiąc żonie. Dorosłemu mężczyźnie nic nie grozi, nawet jeśli jednego dnia straci prawie pół litra krwi - dawcy właśnie tyle oddają.
I tak to właśnie było... i jest nadal.
Zazwyczaj raz w tygodniu wybieram się na małą przejażdżkę. Wsiadam do swojej czerwonej Corvetty koło trzeciej nad ranem i jadę przed siebie. Na ulicach jest wtedy pusto, dla mnie pusto, bo wymalowane dziewczęta wracające w pomiętych spódniczkach z dyskotek mnie nie interesują, więc gdy już znajdzie się jakiś obiekt, zazwyczaj nie jest ciężko uśpić go na moment. Tak właśnie...

Wstałem, przeciągnąłem się i przetarłem zaspane oczy. Wspomnienia mnie wyczerpywały, jednak raz na jakiś czas trzeba było o tym wszystkim pomyśleć, by się nie pogubić - gdy żyje się tyle lat, wiele rzeczy z przeszłości się zaciera. A ja nie byłem przyzwyczajony do pisania pamiętnika, choć... może to nie był taki zły pomysł?
Na polowaniu nie byłem od dziesięciu dni. Brakowało mi krwi i sił. Przy Carrie chciałem być normalnym młodzieńcem. Chciałem. Na tym musiało się skończyć. Podszedłem do okna i rozsunąłem zasłony. Niebo nad kamienicami zaczęło się rozjaśniać i przyjęło zielonkawą barwę. Na polowanie było stanowczo zbyt późno, musiałem więc wytrzymać jeszcze jeden dzień.
Sprzątnąłem alkohol ze stolika i ściągnąłem z siebie wymięty garnitur. Na mankietach widziałem krople wódki odznaczające się nieznacznie. Westchnąłem i poszedłem się wykąpać. Nie miałem planów na dziś, dlatego też zaprosiłem nowopoznaną intrygującą sąsiadkę. Liczyłem, że przyjdzie.
Na razie jednak był świt, zakładając na siebie czarne bokserki podążyłem do łóżka... i wróciłem do salonu. W sypialni nadal unosił się zapach Carrie, jej utraconego dziewictwa i całej ostatniej nocy, potęgujący tęsknotę, o której starałem się nie myśleć.
Odszukałem płyty z pierwszymi odcinkami nowych serii Doctora Who i oglądałem z napięciem po raz setny te same sytuacje.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi: